Kanclerz Niemiec Friedrich Merz wywołał burzę, porównując trwającą wojnę na Ukrainie do II wojny światowej i stwierdzając, że wkrótce będzie ona dłuższa niż „tamten konflikt”. Słowa te zostały odebrane jako pominięcie pierwszych dwóch lat wojny – od niemieckiej agresji na Polskę w 1939 roku do ataku na ZSRR w 1941 roku. Ambasador Niemiec w Polsce Miguel Berger próbował ratować sytuację, tłumacząc, że kanclerz „pomylił porównanie”. Polska strona polityczna i opinia publiczna zareagowały ostrym oburzeniem, wskazując na powtarzający się schemat relatywizowania niemieckiej odpowiedzialności za wybuch wojny.
Skrót artykułu:
- Kanclerz Friedrich Merz stwierdził, że wojna na Ukrainie będzie dłuższa niż „II wojna światowa”, sugerując, że trwała ona cztery lata.
- Ambasador Niemiec Miguel Berger: „Kanclerz pomylił porównanie” i mówił o wojnie z ZSRR.
- Polska strona oskarża Niemcy o manipulację historią i powtarzanie rosyjskiej narracji „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”.
- Europoseł Arkadiusz Mularczyk domaga się wezwania ambasadora i przypomnienia o 1 września 1939 roku.
Podczas kongresu CDU w Stuttgarcie Friedrich Merz, odnosząc się do trwającej wojny na Ukrainie, powiedział: „Wojna na Ukrainie będzie wkrótce trwać już cztery lata, czyli dłużej niż II wojna światowa”. Słowa te wywołały natychmiastowe oburzenie w Polsce, gdzie odebrano je jako świadome lub nieświadome skrócenie historii II wojny światowej do okresu od ataku Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku.
W praktyce oznacza to pominięcie dwóch pierwszych, najkrwawszych lat wojny dla Polski – od agresji III Rzeszy 1 września 1939 roku, przez kampanię wrześniową, okupację i zbrodnie wojenne, aż po całkowite zniszczenie Warszawy i milionów polskich ofiar.
Ambasador Niemiec: „To tylko pomyłka”
Reakcja niemieckiej dyplomacji była błyskawiczna. Ambasador Miguel Berger opublikował wpis, w którym tłumaczył: „Trzymajmy się faktów: kanclerz mówił o Rosji jako o sąsiedzie Europy, a nie Niemiec. Niczego nie wymazał z II wojny światowej, po prostu pomylił porównanie z długością wojny ze Związkiem Radzieckim”.
Wyjaśnienia te nie przekonały polskiej strony. Wielu polityków i komentatorów uznało je za próbę zamiecenia sprawy pod dywan i kontynuację długoletniego trendu relatywizowania niemieckiej odpowiedzialności za wybuch i przebieg II wojny światowej.
Polska reakcja – od oburzenia do wezwań dyplomatycznych
Głos w sprawie zabrał m.in. europoseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który wezwał szefa MSZ Radosława Sikorskiego do natychmiastowego wezwania ambasadora Niemiec. „Pomijanie faktu, że II wojna światowa zaczęła się 1 września 1939 r. od niemieckiej agresji na Polskę i sprowadzanie jej do 'czteroletniej wojny’ brzmi jak echo narracji o 'Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej’” – stwierdził Mularczyk.
Polityk ironizował: „Według nowej narracji Niemcy w 1939 roku w ogóle nie byli w wojnie. Czołgi same wjechały do Polski, Luftwaffe sama bombardowała, a Warszawa sama się zburzyła”. Przypomniał również o wciąż nieuregulowanych reparacjach wojennych.
Stanisław Żaryn, były doradca prezydenta Andrzeja Dudy, poszedł dalej, oskarżając Niemcy o trwającą od dekad manipulację historią w celu „oczyszczenia się z win”. „Ostatnie słowa Merza przekraczają granicę i uwiarygodniają rosyjskie kłamstwa” – ocenił.
Niemiecka narracja a polska pamięć
Wypowiedź kanclerza Merza wpisuje się w długą serię kontrowersji wokół niemieckiego podejścia do historii II wojny światowej. W niemieckiej debacie publicznej często podkreśla się okres „wojny ze Związkiem Radzieckim” jako najtragiczniejszy etap konfliktu, marginalizując przy tym wcześniejsze lata agresji na Polskę i inne kraje.
Dla Polaków, którzy ponieśli największe proporcjonalne straty w czasie wojny, takie wypowiedzi są nie tylko historyczną nieścisłością, ale przede wszystkim próbą relatywizowania odpowiedzialności III Rzeszy. Słowa Friedricha Merza, nawet jeśli były wynikiem zwykłej pomyłki, wpisują się w niepokojący trend, który w Polsce odbierany jest jako kontynuacja polityki historycznej mającej na celu odciążenie Niemiec od pełnej odpowiedzialności za zbrodnie wojenne.
